sobota, 2 lipca 2011

Pissed Off (!)

To już jest jakiś naprawdę absurdalny cyrk. Powtarzam materiał z 20 czerwca po raz 4, trzeci dzień z rzędu...
Czytam, czytam na głos, robię notatki, streszczam materiał własnymi słowami, robię tabelki, mapki myśli, jakieś debilne drzewka. Pamiętam wszystko, znam na wylot, a od tego wszystkiego chce mi się już rzygać i płakać jednocześnie.
Co to za bariera? Bariera gdzie ktoś chce mi udowodnić to, że ma ma wysoki stopień naukowy? Przecież jestem tego do cholery świadoma! Za to wydaje mi się, że to skrzywienie czepiać się każdego słowa, dopatrywać się celowo najmniejszych błędów wobec kogoś kto nie ma za sobą tylu lat doświadczenia. Przecież po to jestem na uczelni, żeby się z tym stopniowo poznawać, nie żeby ktoś mówił mi, że mam dałna bo zdarza mi się popełnić błąd.

Od dziś, cokolwiek bym nie zrobiła tak naprawdę nic nie zmieni. Jak dobrze bym się nie nauczyła, wynik będzie ten sam. Dlaczego? Nie mam pojęcia.
Może dlatego, że nie jestem pupilkiem na roku, może dlatego, że nie interesuję się analityką do takiego stopnia, że powinnam pocić się z radości na widok teorii analitycznych tautologiami.
W ten sposób po trzech latach powiem wam, że filozofia nie jest prostym kierunkiem, to prawda, ale jest też sposobem straty czasu i straty części wiary w siebie.
Bo nawet jeśli potrafisz to nie przebrniesz dalej "BO TAK".

Wybaczcie, ale dziś jestem naprawdę wściekła. Głowa mi pęka i nie widzę nawet sensu w "kolejnych próbach".

czwartek, 30 czerwca 2011

Philosopher No More

Bez owijania, jak zapisałam w tytule. Niemal ociekam pewnością tego, że magistra nie zamierzam pociągnąć na tym kierunku, choć jeszcze rok temu bardzo mi na tym zależało.
Po ostatnich dwóch tygodniach na uczelni doszłam do wniosku, że momentami to najzwyklejsza walka z bardzo niesprawiedliwymi wiatrakami.
Spodziewałam się trochę czegoś innego po ludziach z wyższym wykształceniem i to do tego filozoficznym, a ostatecznie jak człowiek by się nie starał, jak by mu nie zależało i tak jest tylko ziarnem piasku - jednym z wielu.
Zapamiętania są godne ledwie ziarna cztery, bo wbiły się komuś w pamięć. A w pamięć wbijają się bardzo prosto - wystarczy być fascynatem filozofii analitycznej albo filozofii związanej z naukami ścisłymi...
I po prawdzie nie czuję, że dano mi posmakować filozofii w innych kierunkach niż te wymienione wyżej, a do cholery minęły już trzy lata. Namiastki innego sposobu myślenia filozoficznego otarły się o nas na wprowadzeniu do filozofii praktycznej, etyce, filozofii polskiej... a najlepiej i tak będę wspominać historię filozofii starożytnej i średniowiecznej.
Nie jestem najlepsza w analityczne zabawy, to prawda, ale nie jestem też ułomna. Jakimś cudem nie czuję, żebym napisała ostatni egzamin aż tak źle jak wskazują na to wyniki. Przecież nauczyłam się, wiem. Jednak w jakiś sposób nie mogłam otrzymać nawet 3.0 Kompletnie tego nie rozumiem.


Dodatkowo bardzo zniechęciło mnie podejście osób otaczających mnie nie tylko w instytucie.
Niestety, ale pożegnania i nagłe zmiany planów w życiu nie zawsze są miłe czy radosne.

poniedziałek, 6 czerwca 2011

Evolution

Bo progress w naturze musi trwać.
Tak oto Brian (Akhad) zakończył składanie i edycję mojego pierwszego artbooka i przesłał wszystko do Dawida i Kamila. Panowie, bez was to ja jestem cienias, nie ma co i nie wiem co bym bez waszej pomocy zrobiła. Artbook został wydrukowany, papier kredowy, druk laserowy, odpicowany tak wspaniale, że sobie nawet tego tak fantastycznie nie wyobrażałam wcześniej. Panowie sprezentowali mi wydruk urodzinowo i przyznaje, że to były jedne z najlepszych urodzin :D
DZIĘKUJĘ!!! :3


Sesja się zaczyna, jeszcze nie jest najgorzej. Po prawdzie żal nieco tyłek ściska, że obrona licencjatu dopiero na wrzesień, ale co by nie powiedzieć, to ja omnibusem nie jestem, a czekają mnie aż 2 cięższe egzaminy u jednego profesora - z motyką na słońce niestety nie planuję się rzucić, a poprawki dopiero na lipiec. Ale, choć uważa się mnie potocznie za lenia i blondynkę, to jednak swoje robię i robię tyle ile jestem w stanie.
W tak zwanym międzyczasie (choć wiele go nie ma, na 3 dni weekendu liczę jakieś 4h) wciąż sobie coś tak skrobię i dłubię. Trochę rysuję, troszkę się nadal szkolę w zdjęciach. Modelka ze mnie nawet za dychę nie jest, ale przynajmniej jest na czym photoshopa poćwiczyć, hehehe.
Dodaję zatem dwa nowe folderki w galerii:
DOLLFIE
CLOTHES

niedziela, 24 kwietnia 2011

Life Reset - OPERATION MAYHEM

Trochę się pozmieniało i na szczęście, a może i nie - big deal. Najważniejsze jest to, że da się funkcjonować, że człowiek brnie do przodu, że zaczyna powoli ogarniać jedne rzeczy a inne przestaje. Taki świat - wartość zmiennej pod kwantyfikatorem. Są ludzie i ludzie znikają, albo sami się odwracają, trudno to ich sprawa.
Trochę poćwiczyłyśmy z Ashą zdjęcia, bo pogoda przyszła wreszcie. Zimą było mało przyjemnie -20 prawie a ja w spódnicy musiałam paradować, z zimna średnio to to wyszło. Dobrze się bawiłyśmy za to ostatnio "na budowie" - efekty można zobaczyć na moim devaiantarcie:

When World Will Gone

Jakiś czas temu poprosiłam też Akhada (Briana) żeby mi sklecił z moich wybranych prac folderek, troszkę za zasadzie artbooka, bo na jesieni bym kilka potrzebowała i jako drobniutkie portfolio. Ostatnio go odwiedziłam i widziałam co nieco "in progress", zadowolenie moje i wdzięczność nie mają granic. :D
Przez ten czas oczywiście udało mi się kilka razy pokazać w magazynach dla fanów mangi i anime takich jak "Arigato" czy "Kyaa", w kilku e-zinach o tej samej tematyce. Powoli się poruszam, bo coś swojego robić trzeba i tak jest dobrze.

W akcie rozwoju ponownie zasiadłam do maszyny, tym razem na dłużej i na poważniej. Ciągle coś tak skubię, spodnie, bluzki, koszule.. sobie nawet drugiego bloga założyłam, związanego z moim nieco odmiennym zainteresowaniem, jakim jest specyficzna moda subkultury gotyckiej:

Death Is Cute

Jednak wszystko tam jest jeszcze bardzo surowe, nierozbudowane, grafika, teksty itd... ale czasu ostatnio mam tyle co od jednej ściany do drugiej. Obiecuję jednak w końcu się zmobilizować :)
A jeśli chodzi o samo szycie - biorę udział w projekcie zwanym u nas "Sukienka na 365 Dni" rozpoczętym przez młodą kobietę na jej BLOGU - Sprawa ma zabawne, jak i bardzo praktyczne przesłanie. Naszej bohaterce powiedziano w pracy, że codziennie powinna ubierać się elegancko, ale jak wiadomo nie każdy może sobie pozwalać na szafę pełną odświętnych szmatek. Tak powstał pomysł na to: Jak zaprojektować i uszyć sukienkę, którą można będzie wykorzystać w każdy możliwy sposób operując jedynie dodatkami do niej.
Okazuje się, że stworzenie czegoś tak uniwersalnego tzw "istoty w prostocie" wcale nie jest takie łatwe jakby się zdawało, ale jednak i tę misję można zakończyć sukcesem. Efekty oficjalnych grup projektowych można zobaczyć na wyżej podanym blogu, jak i na kontach na facebooku:

One Dress Protest

The Uniform Project

Life - Reset - Ready - Set - GO!

czwartek, 9 grudnia 2010

.

Kiedy moje przemyślenia stały się bardziej skupione i wewnętrzne, to miałam coraz mniej do powiedzenia. W końcu zamilkłam.

wtorek, 5 października 2010

S.O.S. Jesień...


Wybiła osiemnasta. Wracam do siebie. Z daleka spoglądam na moje okna. Ciemne. Byłoby dziwne, gdyby świeciło się w nich światło, bo chociaż mam dwie współlokatorki to nadal jest tak, jakbym mieszkała sama. W akademiku nawet rybki nie mam, bo pewnie zdechłaby z głodu albo samotności.
A w ogóle właśnie, to można umrzeć z samotności?
Jak tak dalej pójdzie, to się sama przekonam. A to dziwne, bo mam sporo nowych znajomych, przyjaciół - tych, co to można na palcach jednej ręki policzyć, moją rodzinę.
Jestem z małego miasteczka. Na studia wyjechałam do Opola, przeprowadzka to nie jakaś wielka szansa, ale przynajmniej rodzicom nie siedzę na głowie.
Ludzie wspierający mnie na każdym kroku. A i tak większość wieczorów spędzam w pojedynkę.
Nikt nie przypuszcza, że w głębi duszy zazdroszczę Carrie z "Seksu w wielkim mieście". Co ma ona, a czego ja nie mam? Bujne życie towarzyskie. Otoczone wianuszkiem przyjaciółek co wieczór wychodzi na inną imprezę, na każdym kroku niemal potyka się o znajomych i o nowych adoratorów.
Ja potykam się o porozrzucane po moim pokoju filmy i kubki.
Owszem, doceniam uroki samotności. Doskonale bawię się sama, ale ile można?
Po pewnym czasie kończy się lista wystaw, które chciałam obejrzeć, wyczerpuje się limit samotnych spacerów i coraz trudniej zapomnieć o milczącym telefonie. Nawet, gdy byłam w stałym związku wciąż potrafiłam snuć się po pokoju bez celu.
Mimo to nie miałam pojęcia, jak się do tego przyznać. Zapytana o plany na weekend, wymyślałam przeróżne historie i zaproszenia.
A potem cały weekend byłam sama i zazdrościłam całemu światu.

W Google wpisuję: samotność.
Wśród rezultatów są: strony z grafomańską poezją, portale randkowe i serwis Akcjaspontan.pl. Na stronie można zamieszczać informacje o spotkaniach - spacerach, koncertach etc. Deklaracja jest niezobowiązująca - jak nie możesz to nie przychodzisz.
Planuję wybrać się na spacer na Wenecję Opolską. W dniu wyprawy od rana leje. Zostaję w pokoju.
Co robić? Powiedzieć, że jest mi źle? To nie takie proste, bo tutaj samotność jest albo tematem tabu albo zostaje skwitowana "nie bądź emo".
Ale przecież, jak pokazują badania, co piąta osoba na świecie deklaruje, że czuje się samotna. A na samotność decydujemy się stopniowo.
I tak człowiek ciągle siedział i milczał i nie wiedział co z tym zrobić.
Bo ja się boję i nie lubię zaproszeń z litości.
Ze znajomymi ze studiów tutaj widuję się w miarę często. Ostatnio zamiast opowiadać, jak cudowne jest moje życie i jak sobie radzę, oświadczyłam: "Jestem samotna i nieszczęśliwa!"
Cisza.
Zaczęłam żałować, że w ogóle to powiedziałam.
Trzeba było trzymać dziób na kłódkę, albo kłamać...
A co nagle odezwała się znajoma, że ma podobnie, choć ma faceta na zawołanie i nieźle poukładane życie. W podobnej sytuacji jest jeszcze dwóch moich znajomych.
Reszta milczała.
W sobotni wieczór włączam komputer. Wielu z moich szalenie towarzyskich znajomych siedzi na Facebooku w weekend o 21:00.
Przecież powinni teraz szaleć na imprezach! Prowokacyjnie piszę: "Pewnie zaraz wszyscy wybiegniecie z domów i zostanę tu sama."
O dziwo o północy wielu z nich nadal jest dostępnych. Widzę Ashę. Kolejny nudnawy wieczór - lecę za ciosem. Piszę: "Wbijaj do mnie mam piwo i świeże ciasto".
Czekam na odpowiedź. To bardziej stresujące niż SMS-owy flirt w jednym z tych przypadków, które przytrafiają mi się raz na pół roku. Jest! "Za jakiś czas będę". Przebieram się i nerwowo sprzątam. Wieczór jak zawsze w tym towarzystwie udany.

Przyznałam się.
Co będzie dalej?
Bo są kobiety, które rozkwitają w samotności. Ja do nich nie należę.

piątek, 6 sierpnia 2010

Przesłuchanie Anioła

Skoro ostatnio już tak zaczęliśmy artystycznie... dość... nawet.. może, nie wiem, bo ja artystką nie jestem to i się za specjalnie nie znam.

Jest zatem jeden taki polski nasz artysta, którego to bardzo ale to nawet przeogromnie sobie cenię - i nie nie nie, nie mam tu na myśli teraz Beksińskiego, ani też o moich rodzicach pisać nie będę. Może innym razem.

"Jest"... no może nieco źle zaczęłam, bo raczej "był". Zmarł 14 lipca roku 1999.
A mimo to zawsze kiedy o nim myślę, mówię, czy tam piszę to określam to słowem "jest", bo jego prace są, a ja myślę, że co się w swoją twórczość z człowieka przeleje, to tak jakby część tego człowieka z nami już zostawała w świecie materialnym i nie ma zmiłuj.
Dla mnie każdy z moich plastycznych - artystycznych ulubieńców zawsze "jest".



I właśnie tak. Władysław Hasior dla mnie JEST ulubieńcem i nie tylko ze względu na to, że obchodzimy urodziny tego samego dnia.
A ostatnio sporo mi po głowie lata jego twórczość, jak pisałam wcześniej w obliczu naszego jakże wiecznie pięknego świata, który pięknym coraz prędzej przestaje być , a bardziej kiczowatym i plastikowym.
A nie chcę też pisać "urodził się, dorastał, pracował, był tu a tu..." tego możecie się sami dowiedzieć w jakże boskiej dobie internetu, chyba, że jest ktoś na tyle jeszcze ambitny żeby udać się do biblioteki na przykład.
Ja mam tylko swoje banalne mniemanie o tym, co widzę ilekroć jestem w Zakopanem w jego domu. A bywać tam lubię, choćby na krótką chwilę - taki osobisty klasyk.

O nim samym napisano już chyba wszystko z wyjątkiem tego, że jest świadkiem oskarżenia w procesie, w którym sami sądzimy siebie.
Nasz artysta z uporem godnym podziwu wydobywa z odmętów naszej pamięci dowody winy, rekonstruuje wstydliwie maskowane sytuacje, w których owocowała zbrodnia i odtwarza on jej przebieg - fakt po fakcie, tu nieraz sięgając do utworów Zbigniewa Herberta.
Hasior jest w tym procesie nie byle jakim ekspertem - nauczył się mistrzowsko obserwować siebie.
Stąd u niego spokój i czasem niepokojące opanowanie, gdy porusza dotkliwie struny naszej miłości własnej, lub stawia przed oczami nam nas samych takimi, jakimi jesteśmy.
Więc o co się oskarżamy? O zadawanie na każdym kroku gwałtu naszemu człowieczeństwu.



O człowieku mówią przedmioty, które wytwarza, którymi się posługuje i którymi się otacza w życiu codziennym. O społeczeństwie zaś mówią schematy, którymi się porozumiewa.
Tworzywem sztuki Hasiora są właśnie te przedmioty, jak i schematy, a zwłaszcza znaczenia jaki im przypisujemy. Jego własny język odwołuje się do najbardziej utylitarnego kodu. Manipulując swoimi "tworzywami" o ukonstytuowanej w społecznej komunikacji ekspresji pojęciowej - Hasior doprowadza do absurdu zawarte w nich klisze mentalne.
Nie jest on moralizatorem. Jego prace niczego nie potępiają, jak i nic nie proponują - i chyba właśnie dlatego zmuszają odbiorcę do zajęcia jakiegoś stanowiska . Bo to my sami nosimy w sobie potrzebę moralnej refleksji, to my potępiamy i ciągle poszukujemy tej uniwersalnej recepty na prawdę, dobro i szczęście.

Marzy się nam polski Guru, a tymczasem Hasior zdaje się być satyrykiem. Nie obiecuje zbawienia choć jego sztuka zdaje się być drogą na wolność.
Na to, by tworzyć dzieła "nieśmiertelne" nasz drogi Hasior posiada zbyt wyrafinowane poczucie humoru, które wpędza nas czasem w nudę z powtarzających się pomysłów, ale za to pozwala droczyć się z ludzką skłonnością do estetyzmu.

[...] Chciałbym kiedyś usłyszeć, że jestem po prostu dobrym fachowcem, zamiast filozoficznej literatury, jaką mi często aplikują najżyczliwsze zresztą osoby, gdy mowa o mojej pracy. [...] Ostatecznie "rozrachunek z dramatem bytu", jak to określają zwykle dziennikarze - podejmuje każdy artysta i każdy rodzaj sztuki, [...] jednak trudno wymagać od sztuki, żeby mówiła językiem filozofów. Sztuka może mieć atmosferę jakichś tajemnic filozoficznych i to dobrze, ale przecież przy pomocy sztuki nie można rozwiązać problemów filozofii, bo to są jednak dwie bardzo różne rzeczy.