niedziela, 24 kwietnia 2011

Life Reset - OPERATION MAYHEM

Trochę się pozmieniało i na szczęście, a może i nie - big deal. Najważniejsze jest to, że da się funkcjonować, że człowiek brnie do przodu, że zaczyna powoli ogarniać jedne rzeczy a inne przestaje. Taki świat - wartość zmiennej pod kwantyfikatorem. Są ludzie i ludzie znikają, albo sami się odwracają, trudno to ich sprawa.
Trochę poćwiczyłyśmy z Ashą zdjęcia, bo pogoda przyszła wreszcie. Zimą było mało przyjemnie -20 prawie a ja w spódnicy musiałam paradować, z zimna średnio to to wyszło. Dobrze się bawiłyśmy za to ostatnio "na budowie" - efekty można zobaczyć na moim devaiantarcie:

When World Will Gone

Jakiś czas temu poprosiłam też Akhada (Briana) żeby mi sklecił z moich wybranych prac folderek, troszkę za zasadzie artbooka, bo na jesieni bym kilka potrzebowała i jako drobniutkie portfolio. Ostatnio go odwiedziłam i widziałam co nieco "in progress", zadowolenie moje i wdzięczność nie mają granic. :D
Przez ten czas oczywiście udało mi się kilka razy pokazać w magazynach dla fanów mangi i anime takich jak "Arigato" czy "Kyaa", w kilku e-zinach o tej samej tematyce. Powoli się poruszam, bo coś swojego robić trzeba i tak jest dobrze.

W akcie rozwoju ponownie zasiadłam do maszyny, tym razem na dłużej i na poważniej. Ciągle coś tak skubię, spodnie, bluzki, koszule.. sobie nawet drugiego bloga założyłam, związanego z moim nieco odmiennym zainteresowaniem, jakim jest specyficzna moda subkultury gotyckiej:

Death Is Cute

Jednak wszystko tam jest jeszcze bardzo surowe, nierozbudowane, grafika, teksty itd... ale czasu ostatnio mam tyle co od jednej ściany do drugiej. Obiecuję jednak w końcu się zmobilizować :)
A jeśli chodzi o samo szycie - biorę udział w projekcie zwanym u nas "Sukienka na 365 Dni" rozpoczętym przez młodą kobietę na jej BLOGU - Sprawa ma zabawne, jak i bardzo praktyczne przesłanie. Naszej bohaterce powiedziano w pracy, że codziennie powinna ubierać się elegancko, ale jak wiadomo nie każdy może sobie pozwalać na szafę pełną odświętnych szmatek. Tak powstał pomysł na to: Jak zaprojektować i uszyć sukienkę, którą można będzie wykorzystać w każdy możliwy sposób operując jedynie dodatkami do niej.
Okazuje się, że stworzenie czegoś tak uniwersalnego tzw "istoty w prostocie" wcale nie jest takie łatwe jakby się zdawało, ale jednak i tę misję można zakończyć sukcesem. Efekty oficjalnych grup projektowych można zobaczyć na wyżej podanym blogu, jak i na kontach na facebooku:

One Dress Protest

The Uniform Project

Life - Reset - Ready - Set - GO!

czwartek, 9 grudnia 2010

.

Kiedy moje przemyślenia stały się bardziej skupione i wewnętrzne, to miałam coraz mniej do powiedzenia. W końcu zamilkłam.

wtorek, 5 października 2010

S.O.S. Jesień...


Wybiła osiemnasta. Wracam do siebie. Z daleka spoglądam na moje okna. Ciemne. Byłoby dziwne, gdyby świeciło się w nich światło, bo chociaż mam dwie współlokatorki to nadal jest tak, jakbym mieszkała sama. W akademiku nawet rybki nie mam, bo pewnie zdechłaby z głodu albo samotności.
A w ogóle właśnie, to można umrzeć z samotności?
Jak tak dalej pójdzie, to się sama przekonam. A to dziwne, bo mam sporo nowych znajomych, przyjaciół - tych, co to można na palcach jednej ręki policzyć, moją rodzinę.
Jestem z małego miasteczka. Na studia wyjechałam do Opola, przeprowadzka to nie jakaś wielka szansa, ale przynajmniej rodzicom nie siedzę na głowie.
Ludzie wspierający mnie na każdym kroku. A i tak większość wieczorów spędzam w pojedynkę.
Nikt nie przypuszcza, że w głębi duszy zazdroszczę Carrie z "Seksu w wielkim mieście". Co ma ona, a czego ja nie mam? Bujne życie towarzyskie. Otoczone wianuszkiem przyjaciółek co wieczór wychodzi na inną imprezę, na każdym kroku niemal potyka się o znajomych i o nowych adoratorów.
Ja potykam się o porozrzucane po moim pokoju filmy i kubki.
Owszem, doceniam uroki samotności. Doskonale bawię się sama, ale ile można?
Po pewnym czasie kończy się lista wystaw, które chciałam obejrzeć, wyczerpuje się limit samotnych spacerów i coraz trudniej zapomnieć o milczącym telefonie. Nawet, gdy byłam w stałym związku wciąż potrafiłam snuć się po pokoju bez celu.
Mimo to nie miałam pojęcia, jak się do tego przyznać. Zapytana o plany na weekend, wymyślałam przeróżne historie i zaproszenia.
A potem cały weekend byłam sama i zazdrościłam całemu światu.

W Google wpisuję: samotność.
Wśród rezultatów są: strony z grafomańską poezją, portale randkowe i serwis Akcjaspontan.pl. Na stronie można zamieszczać informacje o spotkaniach - spacerach, koncertach etc. Deklaracja jest niezobowiązująca - jak nie możesz to nie przychodzisz.
Planuję wybrać się na spacer na Wenecję Opolską. W dniu wyprawy od rana leje. Zostaję w pokoju.
Co robić? Powiedzieć, że jest mi źle? To nie takie proste, bo tutaj samotność jest albo tematem tabu albo zostaje skwitowana "nie bądź emo".
Ale przecież, jak pokazują badania, co piąta osoba na świecie deklaruje, że czuje się samotna. A na samotność decydujemy się stopniowo.
I tak człowiek ciągle siedział i milczał i nie wiedział co z tym zrobić.
Bo ja się boję i nie lubię zaproszeń z litości.
Ze znajomymi ze studiów tutaj widuję się w miarę często. Ostatnio zamiast opowiadać, jak cudowne jest moje życie i jak sobie radzę, oświadczyłam: "Jestem samotna i nieszczęśliwa!"
Cisza.
Zaczęłam żałować, że w ogóle to powiedziałam.
Trzeba było trzymać dziób na kłódkę, albo kłamać...
A co nagle odezwała się znajoma, że ma podobnie, choć ma faceta na zawołanie i nieźle poukładane życie. W podobnej sytuacji jest jeszcze dwóch moich znajomych.
Reszta milczała.
W sobotni wieczór włączam komputer. Wielu z moich szalenie towarzyskich znajomych siedzi na Facebooku w weekend o 21:00.
Przecież powinni teraz szaleć na imprezach! Prowokacyjnie piszę: "Pewnie zaraz wszyscy wybiegniecie z domów i zostanę tu sama."
O dziwo o północy wielu z nich nadal jest dostępnych. Widzę Ashę. Kolejny nudnawy wieczór - lecę za ciosem. Piszę: "Wbijaj do mnie mam piwo i świeże ciasto".
Czekam na odpowiedź. To bardziej stresujące niż SMS-owy flirt w jednym z tych przypadków, które przytrafiają mi się raz na pół roku. Jest! "Za jakiś czas będę". Przebieram się i nerwowo sprzątam. Wieczór jak zawsze w tym towarzystwie udany.

Przyznałam się.
Co będzie dalej?
Bo są kobiety, które rozkwitają w samotności. Ja do nich nie należę.

piątek, 6 sierpnia 2010

Przesłuchanie Anioła

Skoro ostatnio już tak zaczęliśmy artystycznie... dość... nawet.. może, nie wiem, bo ja artystką nie jestem to i się za specjalnie nie znam.

Jest zatem jeden taki polski nasz artysta, którego to bardzo ale to nawet przeogromnie sobie cenię - i nie nie nie, nie mam tu na myśli teraz Beksińskiego, ani też o moich rodzicach pisać nie będę. Może innym razem.

"Jest"... no może nieco źle zaczęłam, bo raczej "był". Zmarł 14 lipca roku 1999.
A mimo to zawsze kiedy o nim myślę, mówię, czy tam piszę to określam to słowem "jest", bo jego prace są, a ja myślę, że co się w swoją twórczość z człowieka przeleje, to tak jakby część tego człowieka z nami już zostawała w świecie materialnym i nie ma zmiłuj.
Dla mnie każdy z moich plastycznych - artystycznych ulubieńców zawsze "jest".



I właśnie tak. Władysław Hasior dla mnie JEST ulubieńcem i nie tylko ze względu na to, że obchodzimy urodziny tego samego dnia.
A ostatnio sporo mi po głowie lata jego twórczość, jak pisałam wcześniej w obliczu naszego jakże wiecznie pięknego świata, który pięknym coraz prędzej przestaje być , a bardziej kiczowatym i plastikowym.
A nie chcę też pisać "urodził się, dorastał, pracował, był tu a tu..." tego możecie się sami dowiedzieć w jakże boskiej dobie internetu, chyba, że jest ktoś na tyle jeszcze ambitny żeby udać się do biblioteki na przykład.
Ja mam tylko swoje banalne mniemanie o tym, co widzę ilekroć jestem w Zakopanem w jego domu. A bywać tam lubię, choćby na krótką chwilę - taki osobisty klasyk.

O nim samym napisano już chyba wszystko z wyjątkiem tego, że jest świadkiem oskarżenia w procesie, w którym sami sądzimy siebie.
Nasz artysta z uporem godnym podziwu wydobywa z odmętów naszej pamięci dowody winy, rekonstruuje wstydliwie maskowane sytuacje, w których owocowała zbrodnia i odtwarza on jej przebieg - fakt po fakcie, tu nieraz sięgając do utworów Zbigniewa Herberta.
Hasior jest w tym procesie nie byle jakim ekspertem - nauczył się mistrzowsko obserwować siebie.
Stąd u niego spokój i czasem niepokojące opanowanie, gdy porusza dotkliwie struny naszej miłości własnej, lub stawia przed oczami nam nas samych takimi, jakimi jesteśmy.
Więc o co się oskarżamy? O zadawanie na każdym kroku gwałtu naszemu człowieczeństwu.



O człowieku mówią przedmioty, które wytwarza, którymi się posługuje i którymi się otacza w życiu codziennym. O społeczeństwie zaś mówią schematy, którymi się porozumiewa.
Tworzywem sztuki Hasiora są właśnie te przedmioty, jak i schematy, a zwłaszcza znaczenia jaki im przypisujemy. Jego własny język odwołuje się do najbardziej utylitarnego kodu. Manipulując swoimi "tworzywami" o ukonstytuowanej w społecznej komunikacji ekspresji pojęciowej - Hasior doprowadza do absurdu zawarte w nich klisze mentalne.
Nie jest on moralizatorem. Jego prace niczego nie potępiają, jak i nic nie proponują - i chyba właśnie dlatego zmuszają odbiorcę do zajęcia jakiegoś stanowiska . Bo to my sami nosimy w sobie potrzebę moralnej refleksji, to my potępiamy i ciągle poszukujemy tej uniwersalnej recepty na prawdę, dobro i szczęście.

Marzy się nam polski Guru, a tymczasem Hasior zdaje się być satyrykiem. Nie obiecuje zbawienia choć jego sztuka zdaje się być drogą na wolność.
Na to, by tworzyć dzieła "nieśmiertelne" nasz drogi Hasior posiada zbyt wyrafinowane poczucie humoru, które wpędza nas czasem w nudę z powtarzających się pomysłów, ale za to pozwala droczyć się z ludzką skłonnością do estetyzmu.

[...] Chciałbym kiedyś usłyszeć, że jestem po prostu dobrym fachowcem, zamiast filozoficznej literatury, jaką mi często aplikują najżyczliwsze zresztą osoby, gdy mowa o mojej pracy. [...] Ostatecznie "rozrachunek z dramatem bytu", jak to określają zwykle dziennikarze - podejmuje każdy artysta i każdy rodzaj sztuki, [...] jednak trudno wymagać od sztuki, żeby mówiła językiem filozofów. Sztuka może mieć atmosferę jakichś tajemnic filozoficznych i to dobrze, ale przecież przy pomocy sztuki nie można rozwiązać problemów filozofii, bo to są jednak dwie bardzo różne rzeczy.

czwartek, 10 czerwca 2010

Postęp a sztuka.

Postęp w sztuce dokonuje się podobnie, jak w nauce - ponieważ podlegają pod podobne paradygmaty.
Od XVI do XIX wieku nauka dążyła do coraz większego dobra, zaś jej drogą była prawda. Dla sztuki drogą do doskonałości miało być piękno.
Na koniec XIX wieku celem sztuki stałą się umiejętność wyrwania się od ludzi i państwa, by ostatecznie zaszaleć w XX wieku.
Tak oto, do końca XIX wieku artysta był zrozumiały, cieszył się uznaniem, a i odbiorca był w sytuacji komfortowej.
Następnie szok wywołał formalizm - obecnie sztuka powinna zdradzać swoje powołanie, odeszła i uczyniła samą siebie tematem dzieł.
Z drugiej strony formalizm ten pomaga zrozumieć czyn i sens sztuki jako takiej, ją samą - czystą sztukę.
Nowa sztuka zdradziła tradycyjną, ale otworzyła i nowe drzwi.
Wyzwoliła bowiem ona chęć eksperymentowania w czystej sztuce. Zdobycze techniczne pozwalają na ciekawe efekty, jednak są mało rozumiane, trudno docierające, skrajnie często udawane.

Rozumienie sensu dzisiejszej sztuki - Nastąpiło odrzucenie kanonicznych zasad sztuki.
Piękno zostało przejęte przez przemysł i doprowadzono je do "piękna przyjemnego", bądź też w drugą stronę, zostało skrajnie zgroteskowane.

Potrzeba ludzka na nowe piękno
- Nowa estetyka. Piękno tak pociąga obecnie ludzi, że stało się ono własnym uzasadnieniem. Nie odczuwamy już potrzeby wewnętrznej do szukania powodów do zaspokojenia potrzeby piękna - jest ono teraz wszędzie.
Estetyzacja życia codziennego wyręcza sztukę i tak oto przestaje ona być potrzebna.

Następnie z czasem staje się oczywistym marginalizacja sztuki i estetyki. Artysta staje na marginesie - po co komuś ktoś, kto nikomu nie służy?
Nie są zbyt obecnie potrzebni ludzie związani ze sztuką.
Kiedyś artysta był rzemieślnikiem, podobnie jak wszystkie zawody stanowiły swego rodzaju sztukę, tradycyjnie przekazywaną z mistrza na ucznia - dziś artysta jest człowiekiem wolnym.
Tak oto współczesny artysta przyjmuje dowolną estetykę, nie jest ograniczony kanonami i w pełni to wykorzystuje. A jednak... realizacja ducha osobistego staje się nową niewolą, jego wolność stanowi niewolę jeszcze głębszą niż kanoniczna - rodzi się dlań przekleństwo oryginalności.
Dawniej istniały pewne nurty, dziś każde poszczególne dzieło jest nurtem, zatem każdy nowy artysta jest nazywany wybitnym w starym tego słowa znaczeniu, a tak nie jest.
Natomiast powrót do starego zniewolenia jest bardzo trudny.
Nakaz doskonalenia swoich umiejętności ma na celu uwolnienie artysty obecnie.
Dawniej pragnieniem było twórcze natchnienie, dziś wszystko zdaje się być efektem srogości zniewolenia przez oryginalność - każdy artysta mówi własnym językiem, który jest niezrozumiały dla odbiorcy. To język niestety deskryptywny, artyści opisują swoje dzieła, a sztuka zdaje się tłumaczyć samą siebie bez głębszego wyrazu.
I tak w miejsce piękna obecnie ustawiono prawdę, jednak nie okazuje się to właśnie prawdziwe.
Sztuką zawsze było to, co stworzone przez artystę.
Dziś jednak to czy np. Hip-Hop, manga, metalo-plastyka jest sztuką, zależy wyłącznie od odbiorcy i jego potrzeb nie tyle mentalnych, co wpojonych przez konsumpcjonizm.

Brak nam obecnie obiektywnych kryteriów sztuki, jak dawniej.

Emmaretta
(Dziewczynka z domu artystów-plastyków. Z całym szacunkiem dla moich rodzicieli.)

czwartek, 20 maja 2010

Rozwój bezpiecznego, ale samotnego człowieka.

Jesteśmy bardzo samotnymi istotami. Egoistycznymi i złymi z samej naszej natury.
Próba zwalczenia naszej wrodzonej samotności jest głównie próbą naiwności. W rzeczywistości jesteśmy bardzo kruchymi jednostkami - podatnymi na nasze otoczenie, by tylko zdobyć jego akceptację i wyzbyć się czającej się w nas, niewyjaśnionej pustki.
W ten sposób wyzbywamy się umiejętności, jaką jest korzystanie z wolnej woli. Już od lat najmłodszych – w jakiś sposób chcemy być zależni od innych ludzi.

Postawieni przed jakimkolwiek wyborem w życiu, ostatecznie szukamy kogoś, z kim moglibyśmy o naszym dylemacie porozmawiać – podzielić się nim, zawsze z podświadomą nadzieją, że druga osoba wybierze za nas lub nas nakieruje.

Ostateczna decyzja jednak zawsze należy do nas. Niezależnie od tego jak bardzo byśmy się nie starali, samotność wewnętrzna jest naszym naturalnym sposobem bycia – bo musimy zdecydować, czy porada innej osoby zostanie przez nas zaakceptowana.

Nasz wrodzony egoizm jest wynikiem chęci przetrwania w świecie. Jego następstwem jest tworzenie się społeczeństw i państw, ponieważ w momencie współpracy bardziej opłacalnym staje się rezygnacja z wolności, a zwiększenie szans przetrwania.

Bez państwa ludzie żyją w chaosie, każdy na własną rękę unika nieszczęścia, a dąży do przyjemności – nawet kosztem innych. Obecnie zaczynamy instynktownie kalkulować korzyści płynące ze współpracy, zwierzęta natomiast myślą jedynie o przetrwaniu dnia dzisiejszego – człowiek zaś jest o tyle gorszy od zwierzęcia, o ile posiada rozum.

Myśli on o kolejnych dniach z wyprzedzeniem, planuje, rozważa możliwości zapewnienia sobie przyjemności oraz dostatku i wtedy zaczyna mieć niebezpieczny apetyt na dobra materialne.

Nikt nikomu wtedy nie ufa, każdy dąży tylko do swojego celu.

Z czasem jednak okaże się, że opłaca się również ufać, jest to po prostu ekonomiczne.

Prawa natury nie dają człowiekowi bezpieczeństwa, natomiast prawa ustalone w społeczeństwie już tak. Celem utworzenia państwa staje się bezpieczeństwo jednostki.

Kolejnym krokiem zatem staje się potrzeba ustalenia praw. Ludzie świadomie wyrzekają się swojej wolności, by móc otrzymywać od państwa upragnione bezpieczeństwo – jest to rodzaj niepisanej umowy między jednostką a autorytetem (przedstawicielem państwa).

W ten sposób człowiek zapewnia sobie byt, oraz chwilowo uwalnia się od uczucia samotności, odwracając swoją uwagę życiem w społeczeństwie o wspólnych zasadach i poglądach.

Ufając naszym kalkulacjom i rozumowi dochodzimy zatem do pewnego rodzaju autodeterminacji.

Z czasem jednak człowiek jednak odkrywa, że samo takie życie tak naprawdę nie ratuje go od samotności, a z czasem zaczyna pobudzać jego uśpiony apetyt na dobra i chęć osiągnięcia wyłącznie własnego szczęścia. W ten sposób stara się on osiągnąć bogatą wizję własnej, ale i nie do końca pewnej przyszłości.

Co jest bowiem konstruktywne w naszej przyszłości?

Człowiek w swoim społecznym życiu zanim zdąży się zatrzymać i zawrócić, jest bezwładnie pchany do przodu, jako jednostka ubezwłasnowolniona z powodu swojej własnej, wcześniejszej decycji „o przynależeniu” do grupy. Zaczyna żyć nadzieją o ponownej wolności.

Jednostka ta zaczyna dawać sobie sprawę z tego, że nadzieja nie zawsze związana jest z optymizmem. I tak zaczyna odczuwać, że tylko działania beznadziejne (wręcz czasem heroiczne) tylko dla człowieka zdają się mieć jakiś sens – ponieważ dają mu one pewnego rodzaju świadectwo bycia, jak i namiastkę utraconej wolności.

Żyjąc w społeczeństwie wyrabiamy w sobie awersje do nieszczęścia, staje się ono dla nas czymś w sposób oczywisty złym naturalnie.

Ludzie zaczynają sympatyzować ze sobą i wytwarzać między sobą więzi, polegające nie tylko na ekonomiczności – w ten sposób równie mocno próbują zwalczyć w sobie swoją naturalną samotność, jak i przez współodczuwanie.

„Jakkolwiek samolubny miałby być człowiek, są w nim jakieś pierwiastki, które powodują, że interesuje się on losem innych.”

Człowiek zaczyna czerpać pewną przyjemność z oglądania szczęścia innych ludzi.

Główną właściwość towarzyszących mu przy tym uczuć nazywamy po prostu sympatią. Dzięki tej sympatii człowiek staje się bytem współdoznającym – intersubiektywnym, z drugiej strony jednak zaczyna się dla niego moment, kiedy ludzie nieszczęśliwi są wręcz spychani z drogi, ponieważ staramy się unikać nieszczęścia.

Ludzie sukcesu przyciągają do siebie innych, zaś ci, którzy czują się nieszczęśliwi nie powinni tego eksponować – a wręcz powinni udawać, że jest odwrotnie.

Powinni oni znaleźć ustronne schronienie do cierpienia.

Wszędzie, gdzie pojawia się jakieś doznanie emocjonalne, tam współodczuwamy. Sympatia staje się podstawowym elementem antropologii.

Uczucia zdają się przenosić z jednej osoby na drugą, jeszcze zanim poznamy ich przyczynę – jednak ta sympatia nie jest doskonała, ponieważ częściej okazuje się być nie tyle współczuciem, co chęcią zbadania sytuacji drugiego człowieka przez dany podmiot – jest to sympatia bierna.

Natomiast sympatia aktywna stanowi główne narzędzie, bez którego nie można wyjaśnić i określić norm moralnych w społeczeństwie.

Bez niej nie jesteśmy w stanie poznać naczelnych dyrektyw moralnych, jest to podstawa sądów rozstrzygających co jest moralne, a co nie (Hume’owskie dociekania moralne).

Niespełnione, naturalne, spntaniczne uczucia ludzkie są prawdopodobnie pierwotne, choć możemy z nich na przykład wyrosnąć, wyzbyć się ich, ale też nie do końca – ponieważ leżą one w naszej naturze.

Dzięki nim jesteśmy w stanie ocenić właściwości i niewłaściwości uczuć danego człowieka i odwrotnie.

To z kolei wpływa na powstanie takich stanów emocjonalnych, jak łagodność czy życzliwość itp. – te zaś zmniejszają nasze czyste emocje – rozwijamy się w kierunkach takich jak miłe traktowanie, spokój, opanowanie.

W ten sposób zaciskamy więxi społeczne, wypracowywujemy zaufanie do innych, co daje nam w efekcie pomniejszenie lęku związanego z naszą pierwotną chęcią przetrwania.

Społeczność staje się bardziej bezpieczną grupą jednostek.

Następnie, kiedy otrzymujemy możliwość obiektywnego spojrzenia na siebie, wtedy wybieramy opanowanie i skupienie – a za tym idzie to, że w społeczności zaczynamy czuć się pewniej.


Emmaretta

czwartek, 13 maja 2010

Ogarniamy

Puściłam bokiem Piastonalia, a nawet żakinadę, na którą szykowałam się od kilku miesięcy z cosplayem drowa z Podmroku. Cóż... najwyżej jeszcze strój Opiekunki Do'Urden skończę kiedyś w przyszłości i wbiję z nim na jakiś konwent fantasy. Teraz nie jest to najważniejsze.
Sesja goni mnie nieubłaganie i już dzisiaj czuję zimny powiew oddechu doktorki H. od ćwiczeń z historii filozofii... będzie naprawdę ciężko w tym semestrze.
Ale wracając, ponieważ olałam siedzenie w te wolne dni na zapitym do nieprzyzwoitości kampusie, to mam teraz wystarczająco sporo czasu by posiedzieć i podłubać w warsztacie, bo i tu terminy zaczynają gonić.
W tym miesiącu bawimy się z krzesłami, które od wczoraj mają śliwkowy odcień drewna i wyglądają bardzo przyzwoicie gdyby nie liczyć sprężynowych siedzisk, które przyprawiają mnie o hebanowe spazmy... ;O
Nie mam pojęcia co zrobić z obiciem i kompletnie nie chce mi się na nowo upychać sprężyn.



Efekty "po" dodam w najbliższym czasie, bo leje deszcz i nie ma zbyt zacnego światła w pracowni.

Dodatkowo na wieczór wzięłam tyłek zawlokłam do maszyny.
Ponieważ mam w szufladzie od jakiegoś czasu nieco za duże leginsy z latexu typu "zentai", postanowiłam nie tyle je zwężać, bo do Bolkowa i tak się w nich raczej już nie wybiorę (nie mam do nich odpowiedniego gorsetu), ale uznałam, że uda mi się je przerobić na całkiem zacny lackowy pas w stylu pin-up ;D
Ahh, do leginsów były też ciut za duże rękawiczki do ramion, toteż te akurat pozwoliłam sobie do moich dziecięcych wręcz paluchów dopasować ;]



I wreszcie mogę się pochwalić....
Ponieważ moja mateczka jest oczywiście 1000000000000000 lepsza przy maszynie niż ja, a jednak obie jesteśmy fankami Tima Burtona... hah, zobaczcie co też mateczka mi uszyła ^^
YaY! :D Moja osobista Sully!