niedziela, 7 lutego 2010

Heidegger vs Św. Tomasz

Oto po raz pierwszy możecie się przekonać, jak w jednej tysięcznej wyglądają moje studia i jakie pisanie prac kradnie mi każdy weekend :P

Pierwszą właściwością wszelkich bytów jest to, że istnieją. Dlatego właśnie mówimy o każdym z nich „byt”. Co jednak znaczy być lub istnieć? Doświadczamy istniejących rzeczy, „wyczuwamy” ogromną przepaść między istnieniem a nieistnieniem, a jednak mało kto potrafi wyjaśnić, co znaczy, że „coś jest”.Na pierwszy rzut oka sprawa wydaje się prosta - przecież jesteśmy, więc po prostu posiadamy bycie.

Człowiek jednak nie tylko jest, ale też ma tego pełną świadomość, wie że jest. Tu jednak zaczyna się prawdziwy problem z naszym byciem, ponieważ chcąc je wyrazić okazuje się, że w rzeczywistości brakuje nam słów do opisania go.

W związku z tym ludzkość podjęła się opisywania bycia za pomocą różnych metafor, lub porównań.

W przypadku myśli Arystotelesa były to akt i możność - akt (element czynny) stanowił spełnienie tego, co było realną dyspozycją w postaci możności dla jakiegoś konkretnego bytu (element bierny). Te dwa elementy składały się na przypadłość, musiały do niej przynależeć. Akt i możność działają na siebie tak samo jak forma i materia, oraz istnienie do istoty.

Arystoteles pisze: „Wyraz akt wywodzi się z działania i zmierza ku entelechii czyli do pełnego urzeczywistnienia.

Dodaje też on, że akt jest jednak doskonalszy od możności – „Akt w stosunku do substancji jest wcześniejszy od potencji, jeden akt poprzedza zawsze drugi w porządku czasowym, dochodząc aż do aktu pierwszego, wiecznego czynnika ruchu.”

Jego myśl prowadziła do wniosku, że nasze tak trudne do rozpatrywania bycie to jakby ciąg przypadłości - łączenia się aktów i możności, przypadłości zaś mogą istnieć jedynie w związku z rzeczami. W ten sposób mógł on określić bycie tych rzeczy.

Tę myśl arystotelesowską przyjął i rozwinął w średniowieczu św. Tomasz z Akwinu - określił dwa rodzaje bytu: konieczny i przygodny.

Pierwszy nie podlega przyczynom, nie może nie istnieć i nie dotyczy go czas, więc nie możemy mówić o jego końcu czy początku (byt konieczny to Bóg). Natomiast drugi podlega przyczynom, może istnieć ale nie musi, a zatem posiada też początek i koniec, nie jest doskonały a jego przyczyną zaistnienia jest byt konieczny. Dla św. Tomasza bycie miało strukturę przyczynowo-skutkową, podobnie jak u Arystotelesa.

(W ślad za św. Tomaszem określa się przypadłość jako coś, co jest niedoskonałe, ponieważ bytuje w czymś (podmiocie) i zależy od tego czegoś (podmiotu), oraz tworzy jeszcze z tym podmiotem złożenie - to znaczy coś jednego zbudowanego z podmiotu i przypadłości. Podmiotem zaś jest substancja a wszystkie przypadłości odnoszą się do substancji.)

Zależność ta prowadzi nas zatem do tego, że bycie (istnienie) dla św. Tomasza jest aktem dla wszystkich bytów, jest ono jednak nieesencjalne - w języku Heideggera nieontyczne.

I tak, Martin Heidegger rozpatruje bycie pod względem głównie jako sposób używania pojęcia, ponieważ w ten sposób świat można ujmować na wiele sposobów, w tym jako zbiorowisko bytów - podkreśla też, że nie jest to tylko puste słowo. Nadal jednak trudno było określić sposób w jaki jest możliwe ich istnienie. Wieloznaczność słowa „jest” wprowadza nas w nie jeden błąd, ale też nie odbiera nam możliwości do rozpatrzenia go w różnych przypadkach.

Heidegger dokonuje parafrazy słowa „być” wypowiedzianego jako „jest” i w tym przypadku znaczy tyle co „rzeczywiście obecny”, „stale istniejący”, „odbywać się”, „przebywać”, „należeć”, „panować”, „znajdować się” itd.

Nie jest łatwe odnalezienie uniwersalnego słowa zamiennego dla tak ogólnego pojęcia, jednak w jego zakresie bycie ogranicza się do obecności, trwałości, występowania oraz aktualności.

W ten sposób dostrzegamy, że teoria Heideggera odnośnie bycia, tak jak św. Tomasza zamyka się w greckim ujęciu bycia jako przyczynowego powiązania zdarzeń jakimi są akty dla wszystkich bytów.



sobota, 26 grudnia 2009

Radio na fali ;D

Każdemu człowiekowi na świecie, któremu przypadają do gustu przeboje lat 60-tych warto polecić ten film.
Richard Curtis dał nam niebanalny obraz grupy DJ'ów z kultowej pirackiej rozgłośni radiowej "Radio Rock". Miłość do muzyki rockowej i pop wylewa się z nich strumieniami zarażając w trybie natychmiastowym słuchaczy w wieku od 5 - 1000000000 lat ;D
"1966 rok był najpiękniejszą erą Brytyjskiego popu, stacja BBC tylko przez 2 godziny w tygodniu puszczała rock and rolla. Piracka stacja nadająca z łodzi opływającej Wielką Brytanię puszczała rock i pop przez 24 godziny. Dzięki czemu 25 milionów ludzi (połowa społeczeństwa Brytyjskiego) w każdy wolny dzień słuchała nielegalnej stacji."
Jako przeciętni oglądacze poznajemy się z całą "ekipą" w momencie, kiedy na łódź (podstarzałych nieco) rockowych kawalerów trafia chrześniak kapitana ( i tu pierwszy powód dla oceny 10 - kapitan - Bill Nighy!!! <3).


czwartek, 24 grudnia 2009

Filmowi heretycy!

Jestem oburzona, zdegustowana, zniesmaczona... TOTALNIE!
Jak można być takimi ignorantami, filmowymi hienami, które potrafią zniszczyć w ciągu kilku zalewie minut wizerunek czegoś co było budowane latami?!
Jakiś czas temu moim oczom ukazał się trailer.... a właściwie zlepek ścierwa żywcem z USA, który to śmieli nazwać filmem i do tego (o ja pier*olę!) pt. "Sherlock Holmes". Teraz stwierdzam, że powinnam się oślepić, spalić ubranie noszone w tamtym momencie i zamknąć się w pokoju bez klamek.
Nie potrafię uwierzyć w to, że Wielka Brytania w ogóle przyłożyła rękę do tej jakże pogańskiej twórczości z zakompleksionym aktorzyną (Downey był do zniesienia jedynie w Iron Manie i to z przymrużeniem oka). Chwała jedynie za to, że Farrell nie dostał roli Watson'a, bo inaczej nie pozostawało by nam nic innego jak masowo skakać z mostów.
Szczyty mojego poirytowania trącają bogów w tłuste leniwe dupska, domagając się gromów z nieba! Z ciekawości zapytacie pewnie "a skąd tyle zawiści po samym trailerze?" - zatem przejdźmy do wyjaśniania.
Gdzie do cholery jest Sherlock - ostoja spokoju, elegancji, kulturalnego wychowania z walizeczką niemałego wykształcenia i... porządną fajeczką "Calabash Meerschaum"?!?!?!?!?!?!?!?!?!
Arthur C. Doyle się w grobie przewraca. Holmes ubrany jak ostatnia łajza, głupkowaty, bezczelny... KOBIECIARZ?! Nastąpiła profanacja jednej z ikon brytyjskich gentlemanów. Bo czy na przykład wyobrażacie sobie Darcy'ego chodzącego w niedopiętym płaszczu i walczącego w sposób żywcem z Matrixa? NIE! - to prawidłowa odpowiedź. Tak to to bywa gdy USA bierze się za remake czegoś co powinno jedynie lub ewentualnie smakować.
Downey (w sumie jak i reszta aktorów) nawet nie wpadła chyba na pomysł wykorzystania czegoś takiego jak nauka brytyjskiego akcentu. =/


Staram się nie dopuszczać do myśli tego, iż film zachwalany w gazetach już teraz będzie kolejnym czysto-efekciarskim gniocikiem, wysłanym by nas zniszczyć mentalnie.
(Bogowie...S.H. lejący się na pięści, z gołym amerykańskim bebechem na jakimś ringu... a przecież każdy byle kunkwat wie, że o czymś takim sir Doyle nawet by nie pomyślał... Holmes zna się przecież jedynie na szermierce jeśli już o walki chodzi)
Boję się. Oj tak, naprawdę się boję.... że pewnego ranka się obudzę a w TV zaserwują mi trailer nowej wersji Herkules'a Poirot'a (prosto z USA) - z bajerancko utworzoną komputerowo krwią na dywanie, Morderstwem w Orientexpresie połączonym z 12 zupełnie innymi historiami o "małym Belgu". W rolę samego Poirot'a wcieli się Vin Diesel i zamiast umartwiać się nad zamszowymi butami i francuskim rogalikiem będzie wywijał maczetą ukrytą oczywiście w meloniku. Boję się, że obudzę się jutro a w TV zastanie mnie kolejny odcinek Marple, która będzie galerianką, zaś całe tło i inne postacie staną się szpanersko-komputerową wizją reżysera.
Co gorsze... podcięłabym sobie żyły mydłem w płynie, gdyby nagle Darcy zaczął "wyrywać dupy" metodą "siemasz bejbe" i podszczypywaniem w pośladki.
Nic nam już nie zostanie z "tamtych" mężczyzn jeśli tak będzie dalej, nic nam nie zostanie już z brytyjskiego kryminału.
Dziękuję jednak bogom, że takowy pan, jak David Suchet wysoko postawił poprzeczkę - w kwestii ekranizacji dzieł Agathy Christie.
Zatem.... chylę czoła, chylę wam... cudom - angielskim gentlemanom. Oby bluźniercza dłoń shitwoodu nigdy więcej na waszym ramieniu nie spoczęła. Ah mój Sherlocku... obyś tę zniewagę dzielnie przetrzymał, inaczej znów wszyscy przywdziejemy czarne przepaski na znak żałoby, niczym po twej "Ostatniej zagadce".
Głupcem będzie mógł się nazwać każdy, kto włoży jakiekolwiek pieniądze czy też wysiłek by do kina na pseudo-Sherlocka zawędrować. Takiego błędu nie popełnię, bo nie wiem co by się potem stało.... "Ja Herkules Poirot tego nie wiem".


czwartek, 10 grudnia 2009

Kolejne nowości - oglądane ;)

MOURYOU NO HAKO

O dziewczynie w tajemniczej skrzyni.

Mocno wciągająca seria - krwawa, a jednak delikatnie okrojona tajemnicą, poszlakami i psychopatyczną układanką. Seria dla i tych wytrwałych i tych wybrednych.

Na samym początku poznajemy uczennicę - Yoriko Kasumoto. Drobna, nieśmiała, zamknięta w sobie (jakby żywcem wyjęta z typowej opowiastki shoujo-ai). Pewnego dnia lubiana i najbardziej olśniewająca koleżanka z klasy - Kanako Yuzuki prosi Yoriko o wspólny powrót do domu. Dziewczyny zaprzyjaźniają się, a między nimi rodzi się bardzo specyficzna więź. obie są przekonane, że są własnymi inkarnacjami - szukającymi siebie duszami, które niegdyś stanowiły jedną.
Kanako wciąga nową koleżankę w świat swoich marzeń, Yoriko zmienia swoje podejście do życia o 360 stopni - to zaś owocuje pogłębieniem się konfliktu pomiędzy nią a matką.
Dziewczęta wpadają więc na pomysł, aby w czasie wakacji udać się nad jezioro w celu zapomnienia o problemach życia doczesnego.
Niestety... nim wsiądą one do pociągu ma miejsce tragedia, która przekreśla nie tylko ich plany, ale jest też początkiem nieszczęścia obu bohaterek. Wypadek ten prawdopodobnie jest powiązany z serią brutalnych morderstw popełnianych na młodych dziewczynach, których odcięte kończyny znajdywane są w tajemniczych, dziwnych pudełkach na terenie całego kraju.
Całość jest elegancko przepleciona motywami japońskiej demonologii jak np. tytułowe "mouryou" - które w starożytnych Chinach były "duchami wody", w Japonii następnie nazywano je "Kappa", by na koniec ewoluować do "pożeraczy ciał".
Okultyzm i szaleństwo wiszą w powietrzu, niczym pot w miejskim autobusie MPK w ciepłe sierpniowe samo południe. Dodatkowo można być tu mile zaskoczonym jeśli chodzi o budowę charakterystyk innych bohaterów, w tym i Sherlocka w japońskim stylu - Kyougokudou.

Oprawie graficznej choć mocno doprawionej efektami komputerowymi nie mam nic do zarzucenia, podobnie jest z muzyką ;)

Ogólnie serdecznie polecam, bo jest to jedna z lepszych serii jaką miałam okazję oglądać.
A anime możecie zobaczyć... o, tutaj:


wtorek, 24 listopada 2009

Aoi Bungaku

Miły być konkrety co do Anime, to będą (żeby nie było, że was zaniedbuję, was którzy macie ciekawsze rzeczy do roboty niż zaglądanie tutaj :P)

AOI BUNGAKU

Jest to adaptacja w wydaniu anime sześciu powieści z japońskiej literatury:

- Ningen Shikkaku - Osamu Dazai (pl. Utracone człowieczeństwo.)
- Melos! - Osamu Dazai
- Kokoro - Natsume Souseki (pl. Serce )
- Jigoku Hen - Ryunosuke Akutagawa (pl. Obraz piekła )
- Kumo no Ito - Ryunosuke Akutagawa (pl. Pajęcza nić)
- Sakura no Mori no Mankai no Shita - Ango Sakaguchi (pl. W lesie pod drzewem wiśni w pełnym rozkwicie.)

Wszystko to ma się zamknąć w 12 odcinkach, samoograniczenie autorów nie zawsze przemawia na ich korzyść, jednak w tym przypadku wydaje mi się, że będzie to seria bardzo udana - w tym momencie mamy dostępne 6 odcinków - reszta wychodzi na bieżąco.



Seria jest fantastycznie wykonana pod względem graficznym (kreska przypomina mi dość mocno Shigurui), mamy tu popis bardzo płynnego rysunku i nakładania plansz - podobnie jak w kinowym Ghost In The Shell. Wszystko mięciutko ujęte w całość lekko prześwietloną przez rozmyty filtr. Dźwięki doskonale się nakładają i nie drażnią naszych naszych uszu niepotrzebnymi efektami, natomiast słuchając muzyki ma się wrażenie bycia w samym centrum myśli bohaterów.
Pierwsza historia "Ningen Shikkaku" umiejscowiona w pierwszej połowie XX wieku opowiada o kompletnie wyalienowanym i zagubionym w sobie licealiście, niespełnionym przed sobą i ojcem artyście (chyba skądś to znamy...), który wpada w typowe dla ludzi w jego wieku kłopoty...
Sama historia zahacza momentami o skraj szaleństwa, swoistej paranoi bohatera - jesteśmy świadkami wewnętrznego upadku człowieka i jak tytuł wskazuje "utraty człowieczeństwa".

Serdecznie polecam fanom psychologicznych retrospekcji bohaterów w anime typu "zaraźliwy paranoiczny horror", jak i dla tych, którzy lubią mocne rozmyślania jeszcze kilka dni po ukończeniu oglądania (w stylu Ghost In The Shell - Innocence).

Anime nie posiada u nas licencji, więc jest łatwo dostępne online i do tego z polskimi napisami tutaj:
;)

sobota, 21 listopada 2009

Witamy lepsze czasy

Stało się, że jednak otrzymałam stypendium... przyszło łaskawie już nawet, czas odkuć się w sprawie planowanych do zakupienia książek i nie tylko (ale o tym to może innym razem). Wreszcie mogłam sobie pozwolić na nowe glany po ponad 5 latach noszenia moich starych ścierw, które już rozpadały się doszczętnie...(Tata Władek użył z nich resztę nadającej się skóry do... fragmentów obić meblowych...)
Tym razem nie 20-tki, ale 15-tki, za to bardzo są TRU z wyglądu:



Co porysować umiałam, to porysowałam... chwilowo brak mi ogólnego talentu, co dopiero weny xD "Jestem błaznem godnym zamknięcia w Narreutrumie..."
Komiks jest blisko końca, nie jest to oczywiście 300 stronicowy szał, ba nawet w sumie nie mam się czym specjalnie pochwalić, ale przestanie mnie męczyć sumienie, które siedzi mi na ramianiu i piska "narysuj to, narysuj...!"

Z bardziej kulturalnych elementów ---> Oglądaliśmy z MaTT'em ostatnio film "MOON"
Myślałam o napisaniu recenzji. Niestety nie potrafię. Film jest naprawdę dobry (pod warunkiem, że jest się fanem s-f, typowych wizji przyszłości i rozmyślań o sztucznej inteligencji, a głównie dla tych którzy lubią to wszystko razem splecione grą psychologiczną). Trudno mi tak do końca wytłumaczyć dlaczego tak jest, ale poniekąd to za sprawą tego, że nie jest to typowy film akcji osadzony w przyszłości, nie jest to też mieszająca totalnie w głowie zupa retrospekcji jak "Solaris" i chwała bogom. Jest dobry, bo jest moim zdaniem oryginalny na swój sposób, a to się rzadko zdarza. Cóż jeszcze mogę powiedzieć... Fantastyczna gra Sama Rockwella i.... Kevina Spacey'ego!
To jeden z tych filmów, do którego chętnie i często będę wracać - podobnie jak "Stay" i "Shinobi".
Gorąco polecam! MOON - dla ciekawych ;)



Anime i manga, jak zawsze - przejrzałam tyle mang ostatnio i obejrzałam tyle anime nowych, że nie wiem które opisać teraz, więc zrobię to innym razem ;) OBIECUJĘ!

Dodatkowo... Za namowami Mandriella zapisałam się byłam na forum fanów Stephena Kinga, Barkera i eskadry Carpe Noctem. O dziwo zostałam przyjęta bardzo miło, choć jak powszechnie wiadomo nie przepadam za poznawaniem nowych ludzi... nie wychodzi mi to zbytnio, a "pierwsze wrażenie jest bardzo ważne" - moje pierwsze wrażenie nie zawsze jest dobre x] akurat z tego sobie zdaję sprawę. Pozostaje zobaczyć, czy się przemogę do spotkania bezpośredniego z owymi ludziami, bo np. na oficjalnym forum Behemoth tylko MaTT i Neithan potwierdzaj, że nie jestem botem xD, ale mniejsza już o to.
W tym samym czasie moja utęskniona dusza piekielna oczekuje wygłodzona aż Blizzard rzuci jej ochłapy ze stołu produkcji StarCrafta II i Diablo III.
Uhh właśnie... odkryłam niedawno, że jestem naprawdę "ukrytą, tajemniczą mistyczną istotą, o której słyszano jedynie w legendach...nie wiadomo ile w nich jest prawdy, ale ponoć jeśli ktoś zechce może mnie zobaczyć a nawet dotknąć!" - tak jestem kobietą ( w rozumowaniu graczy-samców gier online) a w dodatku.. GRAM W WARCRAFTA, BALDURA ITP ITD!!! JAK TO MOŻLIWE!? Uhh..jakby to... wychowywałam się jako jedyna dziewucha w bratem i kuzynami którzy albo sypali w strategi blizzarda, heroes albo hitmana... nie mogło być inaczej.
Wiecie co... tak! Czas kupić Dragon Age! ]:D DLA SZATANA! :P

poniedziałek, 26 października 2009

Liebe Ist Für Alle Da




Jak się miało stać, tak też się stało.
Po długiej przerwie Ramms+ein powraca w wysokie obroty muzyki metal-industrial (określanej przez niemieckich fanów jako tanzmetal) z wielkim hukiem, ku uciesze takich fanatyków jak ja czy nasza droga Zoil ^^.
Płyta właśnie jest w moich podłych i nikczemnych łapskach i nie potrafię się nacieszyć samym dotykiem opakowania, które nie tylko nie rozczarowało mnie oprawą graficzną, ale też ucieszyło jak zawsze ukrytą książeczką z tekstami piosenek.
Trzeba przyznać, że zespołowi nieźle udał się kompromis pomiędzy muzyką dla fanów a wymaganiami współczesnego rynku. Szczyty kontrowersji jakie panowie z Niemiec postawili przed fanami na przywitanie w postaci promującego teledysku do piosenki "Pussy" przebrnęły przez głosy sprzeciwów bez specjalnych problemów, co nie znaczy jednak, że nie było przy tym głośno.
Oficjalna strona teledysku: "Pussy"
Making Of : "Pussy Making Of"
Ramms+ein rozpieszcza fanów nie tylko powrotem do ciężkich brzmień na tym albumie, single singlami - wiadomo tradycja musi zostać zachowana, ale zespół oddaje się fanom całkowicie.
Mamy też wydanie albumu zaopatrzone w dodatkową płytę zawierającą aż 5 dodatkowych utworów (dla fanatyków dodam, że odsłuchując album na sprzęcie hi-fi słuchając końca piosenki 'Rammlied' od tyłu otrzymacie nowy utwór..). Obiecana trasa w listopadzie zapowiada się bardzo obiecująco, a mało tego jest już w przygotowaniach "dogrywka" w marcu 2010 roku - dziękujemy! :D
Całkowity czas podstawowej wersji albumu to 46:07 min, a utworów dodatkowych 22:16 min. i nie jest to czas zmarnowany, a wręcz przeciwnie.

Osobiście jestem bardzo ukontentowana (że się tak wyrażę w stylu "Brusiowym" :P)
I pamiętajcie... Miłość jest dla wszystkich!